wtorek, 5 kwietnia 2011

A siódmego dnia odpoczywał...

My - kreator i stwórca, dawca życia, opiekun. My.


I powiedziane zostało, że siódmego dnia stwórca odpoczywał.
Lecz nie w tej bajce i nie tym razem.
Siódmego dnia nastał ARMAGEDON!!!

Wstaliśmy po względnie przespanej i spokojnej nocy. W miarę wypoczęci. Nie wypada tu nie pochwalić małego za spokój i zrozumienie dla trudów rodzicielstwa.
Sielanka.
Sielanki mają jednak to do siebie, że nie trwają w nieskończoność. Mało tego, pryskają w oka mgnieniu!













Tytus postanowił wypróbować wszystko, czego nauczył się przez ten tydzień. A umie już niemało. Zastosował więc kombinację ciosów godną mistrza bokserskiego. Seria "Gołotowych ciosów" w wykonaniu berbecia wyglądała mniej więcej tak:

na początek karmienie (wykończę trochę Mamę)
potem kupa (podbródkowy na ojca)
w międzyczasie, czyli leżąc z gołym dupskiem, zaserwuję prysznic temu, kto się tak ze mną guzdrze,
a następnie nokautujący cios typu kupa w świeżą, nie założoną jeszcze do końca pieluchę (będzie frajda, przecież nie zostawią mnie w brudnej :)).
Po wszystkim pozostanie już tylko rozedrzeć się za cycem... i powtórzyć maraton uśmiechu!!!




Po kilku seriach w wykonaniu malucha byliśmy...wniebowzięci... bo taki z niego słodki dzieciak ;)

A z racji tego, że dziś skupiliśmy się na trudzie bycia rodzicem (zgłębiając jednocześnie zawiłości noworodkowego toku myślenia) na deser film pt: Pierwszy tydzień Tytusa.


SPAĆ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz